Dobra impreza w Bangkoku – Khao San nocą i Tajka, która mówi po Polsku  | wyświetleń wpisu: 179

Dobra impreza w Bangkoku – Khao San nocą i Tajka, która mówi po Polsku

Kilka dni temu pisałem, że wsiadając do pociągu w Bangkoku byłem smutny… Ale właściwie nie napisałem dlaczego. Już wyjaśniam.

Mój pobyt w stolicy Tajladii miał być krótki i wydawało się, że nie wydarzy się nic szczególnego, zwłaszcza, że duże miasta mają swoją specyfikę i są z reguły mniej sprzyjające poznawaniu ludzi.
Umówiłem się z Alicją, z którą wcześniej podróżowałem po wyspie Koh Samui, że gdy dotrę na miejsce to się spotkamy a później ruszę na północ kraju …
I tak też się stało, ale nie sądziłem, że Alicja przyprowadzi, że sobą koleżankę z Singapuru, 3 Tajki, Koreankę, Filipinkę, Serba i Holendra Tych ludzi poznała w miejscu, w którym mieszkała. Miks ludzi z całego świata, a mimo to żadnych barier. Ubaw był po pachy. Tajki i Singapurka zaczęły odwalać jakieś tańce i śpiewy, że prawie popłakałem się że śmiechu, z Koreanką ustaliłem, że kiszona kapusta jest u nich bardzo popularnym daniem tak jak i u nas w Polsce… Filipinka zaczęła mi sugerować, że w mojej podróży powinienem odwiedzić jej wyspę…  Z Serbem i Holendrem zaczęliśmy wznosić toasty piwem krzycząc „Na zdrowie” , a później w kolejnych językach … A z Alicją wymienialiśmy się, naszymi wrażeniami z podróży…
Co z tego wynikło? To że dałem się namówić na imprezę i najpierw były tańce na ulicy, jedzenie pieczonego skorpiona, a później wylądowaliśmy w jakimś klubie bawiąc się do 5 rano. Wróciłem do hostelu ledwo żywy i to nie dlatego, że poszalałem z alkoholem ale dlatego, że po prostu nad ranem brakło mi już sił. Impreza w Bangkoku stać się musiała! Widocznie to miasto tak działa na ludzi .

Następnego dnia, w hostelu poznałem „Dżin” czyli Tajkę, która potrafiła powiedzieć kilka słów po Polsku Zresztą sami zobaczcie.


Oprócz gadki w naszym języku powiedziała mi też, że w hostelu nie jestem jedynym Polakiem.
W ten sposób poznałem Michała, który jest od 4 miesięcy w podróży po różnych krajach Azji i uwaga, wszędzie jeździ przeważnie tylko autostopem  W regionalnej TVP był nawet krótki dokument, w którym Michał zachwala zalety autostopu. (Po Nowej Zelandii w pełni się z nim zgadzam, ten sposób podróżowania to super przygoda)
Z Michałem wspólnych tematów mam nie brakowało, wymieniliśmy nasze obserwacje o podróżach a i o polityce zdarzyło się zagadać kilka razy . Szybko się jednak okazało, że możemy właściwie gadać na każdy temat i rozumiemy się jakbyśmy się znali kupę lat. Przypadkiem odkryliśmy, że czytaliśmy nawet podobne powiedzmy „filozoficzne” książki stąd być może podobne podejście do życia.

Michał ruszył w kierunku wyspy Koh Samui, a ja w między czasie w parku poznałem „Mon” z Tajlandii. Postanowiła wybrać się po pracy do parku a tam spotkały się nasze uśmiechy. Wcześniej w mojej podróży zostałem już tak napromieniowany radością, że teraz też non stop zacieszam do wszystkich i z wszystkiego. Zagaduję do ludzi radosne „Sawadikap” co znaczy – cześć.

Mon okazała się bardzo sympatyczną i mega skromną dziewczyną, i umówiliśmy się, że następnego dnia jak skończy pracę możemy coś razem zjeść. Kto może być lepszym przewodnikiem po Tajskich kulinariach jak nie mieszkanka Bangkoku. Mon wychowała się tylko z ojcem, który był rybakiem, mimo to poszła na studia i mimo tego, że było ciężko ,skończyła je i została księgową w jednym z oddziałów zachodniej korporacji. Takie historie robią wrażenie, bo nie każdemu starcza determinacji, żeby zmieniać swoją przyszłość, szczególnie w Tajlandii gdzie dużo prościej jest zostać po prostu prostytutką, tancerką w klubie go-go lub żyć z naciągana bogatych turystów na hajs.
Z Mon spędziłem kilka dni i dzięki niej miałem okazję poznać lepiej Bangkok i spojrzeć na to miasto okiem osoby, która w nim mieszka. Jej opowieści o Tajskiej kulturze, zwyczajach i podejściu do życia a nawet podatkach w Tajladii sprawiły nie raz, że otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. I chyba postanowiła mnie utuczyć bo za każdym razem zamawiała dla siebie zbyt dużo jedzenia a później prosiła mnie żebym pomógł jej to zjeść bo kucharz będzie zły. 

Tym sposobem zamiast kilku dni spędziłem w Bangkoku ponad tydzień, pełen nowych ludzi i przygód z nimi. Zabytki, zabytkami, piękne widoki widokami, jedzenie jedzeniem, ale to właśnie poznani ludzie są tym co w podróży jest najbardziej niesamowite. Miejsca czy widoki sprawiają, że jesteśmy czasem pod wrażeniem, ale gdy otwieramy się na ludzi dzieje się jakaś magia. Myślę, że największą krzywdę człowiek robi sobie wtedy kiedy zamyka się na ludzi, a gdy się otwiera jest dużo szczęśliwszy. Przynajmniej u mnie to tak działa 
Wyjeżdżając z Bangkoku, było mi zwyczajnie smutno… Takie dziwne uczucie jak by piękny czas z fajnymi ludzimi został za mną … i już nic dobrego miało by się nie przytrafić. Ale jak się nie raz przekonałem, życie jest pełne niespodzianek i do póki żyjemy czeka nas jeszcze wiele niesamowitych przeżyć. .. 

PS. W poście o podróży koleją pisałam dlaczego nie byłem zbyt długo smutny. 

Zdjęcia z Bangkoku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

shares